Veronika Šrek Bromová Z Pragi do Chaosu

Czeska artystka interdyscyplinarna światowej klasy szczerze o pieniądzach, wspólnocie i swojej drodze do gospodarstwa Chaos

Veronika Šrek Bromová: Z Pragi do Chaosu | ArtGraduates Magazine

Rozmowa z uznaną artystką o drodze z praskich świateł reflektorów na gospodarstwo na wyżynie, o trosce o ziemię, ekologii i rodzicielstwie na peryferiach. O formularzach grantowych, rankingach rynku sztuki i systemie podatkowym, który nie pomaga artystom. Szczere i otwarte świadectwo o pieniądzach, których w sztuce brakuje, o dzieciach, które utrzymują na powierzchni, i o mężu, który teraz walczy o życie.

Veroniko, byłaś jedną z najważniejszych postaci czeskiej sceny artystycznej lat dziewięćdziesiątych – Biennale w Wenecji, dwukrotna finalistka Nagrody Jindřicha Chalupeckého, kierowniczka Pracowni Nowych Mediów w Akademii Sztuk Pięknych w Pradze, prace w kolekcjach Centre Pompidou i Moderna Museet. Rodowita prażanka. Co skłoniło Cię do porzucenia tego wszystkiego i przeprowadzki na wiejskie gospodarstwo na Wyżynę Czesko-Morawską?

Około 2006 roku nadszedł skomplikowany okres, kiedy zachorowali moi rodzice. Musiałam opróżnić ich mieszkanie, które pochłonęła choroba, a także pracownię, którą opuściła moja siostra – wszystko w pięknym budynku na Vinohradach, gdzie spędziłam większość lat dziewięćdziesiątych z ówczesnym partnerem Dougiem, Kanadyjczykiem. Prowadziliśmy razem firmę – szkołę językową i małe studio graficzne; to on wprowadził mnie w pracę z komputerem, i bez niego moje prace z lat dziewięćdziesiątych być może nigdy by nie powstały, ale rozstaliśmy się około 2000 roku... W mieszkaniu na pierwszym piętrze przy Chodskiej 13 urządzałam mnóstwo imprez z przyjaciółmi ze świata sztuki, a ponieważ prawie nic nie sprzedawałam – może raz na kilka lat – i moja pensja kierowniczki pracowni w Akademii Sztuk Pięknych nie wystarczała na życie, po prostu nie mogłam sobie pozwolić na rosnący czynsz... W końcu oddałam mieszkanie rodzicom po ich eksmisji z pracowni na Žižkovie. Zaczęłam korzystać z małego mieszkania po babci, do którego przeprowadziłam się w wieku osiemnastu lat po ostrej kłótni z ojcem, który ciągle próbował mnie kontrolować. W międzyczasie pożyczałam je czasem za darmo potrzebującym studentom, ale ostatecznie musiałam z niego zrezygnować. Mieszkałam tam w czasie mojej pracy dydaktycznej w Akademii, w okresie, gdy zaczęłam żyć z malarzem Martinem Mainerem i jego córkami, 30 km od Pragi w Limuzach. Cała sytuacja ekonomiczna – prywatyzacja budynków, napływ zachodnich inwestorów, głównie z Włoch, co obserwowałam na Vinohradach – zaczęła zmieniać rzeczywistość przeszłości, kiedy można było przeżyć za niewiele. Cieszyłam się, że stojące wody ery postkomunistycznej wreszcie się poruszyły, ale finansowo nie dawałam rady. Stopniowo przeprowadziłam się do Martina, a po naszym rozstaniu wróciłam na chwilę do małego mieszkania i mniej więcej rok później, dzięki domkowi koło Poličky, poznałam Ivana, który pomagał mi przy remoncie – i od tego momentu zamieszkaliśmy razem, łącznie z opróżnianiem mieszkania rodziców. Rycerz, który wyciągnął mnie z gąszczu, że tak powiem. Wspominając to wszystko, czuję wdzięczność za wszystko, co dla mnie zrobił: dał mi dom, poznałam wspaniałą społeczność przyjaciół wokół Poličky i przez osiemnaście lat mogłam dzielić z nim jego gospodarstwo Chaos. Czuję radość z tego, co wspólnie osiągnęliśmy – adoptowaliśmy i wychowaliśmy dwoje dzieci, utrzymywaliśmy piękną przestrzeń naturalną, organizowaliśmy wystawy i wydarzenia kulturalne, warsztaty i koncerty. Niestety Ivan leży teraz na neurologicznym oddziale intensywnej terapii z uszkodzeniem mózgu, na wpół sparaliżowany, z zaburzeniami mowy, i nie wiem, co będzie dalej.

Bardzo mi przykro. Życzę Ivanowi powrotu do zdrowia. Miałem okazję osobiście poznać Planeta Chaos i ogromnie cenię jej wyjątkową, gościnną atmosferę otwartości i niezależności, która bezpośrednio wspiera pracę twórczą, do tego z wyraźnym akcentem ekologicznym i pokojowym. Jak udało Ci się to zbudować – i czy to jest do utrzymania, czy to nieustanna walka?

To była nasza mała wiejska wizja raju – płynna, ciągle zmieniająca się wspólnota złożona z wolontariuszy, rodziny, przyjaciół, artystów, studentów, szamanów, teoretyków, socjologów, historyków, dziwaków i dzieci, oraz zwierząt. Wolontariusze przybywali głównie przez wwoof.cz – za pośrednictwem tej organizacji trafiło do nas wielu poszukiwaczy, którzy stali się i nadal pozostają częścią naszej rodziny i wspólnoty, pomagając budować i utrzymywać nasz projekt. Ludzie szukający sposobów na inne życie, trochę poza systemem, blisko natury, uczący się uprawiać własną żywność i żyć oraz budować w sposób zrównoważony – to, co dziś nazywa się ekologicznie odpowiedzialnym stylem życia. Było to możliwe przede wszystkim dzięki nim, mnie i mojemu mężowi oraz wszystkim dobrym ludziom, którzy w ten czy inny sposób przyłożyli rękę do dzieła. Chcę spróbować iść dalej bez uciążliwej biurokracji związanej z dotacjami – zobaczymy, jak to pójdzie i czy dam radę sama, bo rekonwalescencja Ivana prawdopodobnie potrwa długo i nie wiem, jak się sprawy potoczą.

Veronika Šrek Bromová i Ivan Šrek – Władcy Chaosu
Veronika Šrek Bromová i Ivan Šrek – Władcy Chaosu

Planeta Chaos działa od 2011 roku – galeria, rezydencje, warsztaty, sympozja, ekologiczne gospodarstwo. Całością zarządza stowarzyszenie Planeta Chaos, korzystając z dotacji czeskiego Ministerstwa Kultury i miasta Polička. Jak oceniasz wsparcie ze strony państwa – i jak bardzo obciążająca jest strona administracyjna finansowania?

Z dotacji miasta Polička i czeskiego Ministerstwa Kultury, a raz z Funduszy Państwowych i raz od Agosto Foundation, prowadziliśmy głównie całoroczne programy kulturalne Galerii Kabinet Chaos. Zapraszałam artystów, których prace współgrały z naszym projektem i oferowały świeże spojrzenie na temat natury i pokrewne zagadnienia. Organizowaliśmy letnie spotkania artystów, historyków i ludzi inspirujących zarówno dla artystów, jak i dla lokalnej publiczności. Podejmowaliśmy różnorodne tematy, które wydawały nam się aktualne i pobudzające – wspólnota, komunikacja międzygatunkowa, podróże do mało zbadanych miejsc, rytuały z azteckim szamanem. Zapraszałam osoby pracujące terapeutycznie z umysłem lub ciałem, bądź z oboma, i wiele innych. Zaczęliśmy organizować warsztaty twórcze dla dzieci – lubiliśmy je wymyślać wspólnie z moją wieloletnią przyjaciółką Štěpánką Nikodýmovą, która studiowała pedagogikę i sztukę i interesowała się sztuką z materiałów odpadowych; jest wspaniała z dziećmi. Ivan początkowo organizował festiwale punkowe wprost w Chaosie, ale nawet jemu – mimo zamiłowania do piwa z Poličky – znudziło się radzenie sobie z pijakami, którzy próbowali zostawać po zakończeniu imprez. Więc z moim przyjazdem Chaos skierował się ku sztuce. Inspirowała nas książka Venkovy ekosocjologa Bohuslava Blažka oraz idee Václava Havla dotyczące społeczeństwa obywatelskiego. Mój mąż był bardzo aktywny we wszelkiego rodzaju lokalnych stowarzyszeniach, zwłaszcza w ochronie przyrody, a także w opozycyjnych grupach politycznych, które oferowały świeższe perspektywy jako alternatywa dla zakorzenionego lokalnego ODS (Obywatelska Partia Demokratyczna), dominującego od trzydziestu lat. Jeszcze przed obecną tragedią – której wynik pozostaje nieznany – chcieliśmy ograniczyć wszystkie nasze działania wolontariackie: w tym roku kończę sześćdziesiąt lat, Ivan niedługo siedemdziesiąt. Galerię prowadziliśmy od 2011 roku, piętnaście lat na zasadzie wolontariatu. Może będzie jeszcze kilka wystaw, ale na pewno nie mam już ochoty wypełniać formularzy i składać sprawozdań finansowych. Udręka kontroli ze strony urzędu skarbowego w Svitavach, obejmującej cztery lata naszej działalności i zakończonej bez zastrzeżeń, odebrała mi sporą część chęci do zajmowania się takimi rzeczami w przyszłości. Lokalne stowarzyszenie Přespolní z pobliskiej Lubnej zarządza programem i funkcjonowaniem budynku Archa artysty Jiřího Příhody, który również służy jako galeria, a kilku innych naszych przyjaciół z okolicy próbuje podobnych inicjatyw.

To prowadzi nas do szerszego pytania. Czeski system artystyczny, kariera artysty – czy w ogóle istnieje system, który działa? Od 2025 roku mamy Status Artysty (Status umělce), ale w praktyce dopiero się rozkręca. Zwolennicy wolnego rynku mówią: niech najlepsi się sprawdzą, reszta to hobby. Co o tym sądzisz – czy artyści potrzebują systemowego wsparcia, czy to raczej kwestia osobistej wytrwałości?

Pewne wsparcie może się przydać – choćby w sytuacji, którą teraz przeżywam. Nie mam jeszcze pojęcia, do czego właściwie służy Status Artysty. Wydaje mi się, że zgłosić się może praktycznie każdy. Chyba trzeba by lepiej zdefiniować, kto naprawdę jest artystą – powinno się mieć coś za sobą... jakiś dorobek. Nie wiem, ale to, co mnie interesuje, to jakaś alternatywna forma opodatkowania nieprzewidywalnych dochodów. Na przykład moje doświadczenie mówi, że lepiej zdegradować się z artysty na osobę prowadzącą działalność gospodarczą, bo obciążenie podatkowe staje się wtedy znośniejsze... Kiedy okazjonalnie sprzedaję pracę z lat dziewięćdziesiątych – coś, co przechowywałam i o co dbałam przez trzydzieści lat – moje doświadczenie jest takie, że przekraczam próg VAT, oddaję mniej więcej połowę państwu, dostaję ogromne zaliczki, i znowu stres na mojej głowie, która z pieniędzmi sobie nie radzi. I tak dalej. Wszystko staje się niesamowicie skomplikowane, a większość artystów po prostu nie jest do tego stworzona. Niektórzy są dobrzy także w biznesie, ale myślę, że większość chce po prostu tworzyć i nie zajmować się resztą. Gdyby istniał sposób, żeby opodatkować artystów bardziej po ludzku i prościej, bo to, co robimy, jest pod każdym względem wyjątkowe. Zaczęłam myśleć o rezygnacji z finansowania dotacyjnego po doświadczeniu kontroli, która trwała około dziewięciu miesięcy – ciągle musieliśmy wyszukiwać dokumenty i dostarczać dodatkowe dowody; to był stresujący okres. Po prostu odbiera ci radość i chęć do inwestowania energii w cokolwiek. Pisanie wniosku projektowego, kiedy wiesz, czego chcesz i o co chodzi, nie wydawało mi się trudne – szło samo. Któregoś roku udało mi się zrobić wszystko samej, łącznie z budżetem. Potem wytrąciło mnie z równowagi, że wszystko trzeba było składać elektronicznie, a ponieważ wniosek był co roku w zasadzie taki sam, przyzwyczaiłam się do odkładania go na ostatnią chwilę. Niestety utknęłam, bo system Ministerstwa Kultury nie działał na komputerach Apple. Nie jestem geniuszem – pod presją nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować innej przeglądarki i tak dalej. Pewnie były jakieś szkolenia, ale to nie w moim stylu... Wsparcie programu było dobre i jestem wdzięczna, że mogliśmy zaoferować coś kulturalnego naszej wsi i okolicy. Niestety lokalni sąsiedzi nie wykazywali wielkiego zainteresowania; byłam bardzo idealistyczna, może nie dobrałam odpowiednich strategii. Czasem wystarczy jedna wpływowa osoba w miejscowości, która cię obmówi i obróci część społeczności przeciwko twoim działaniom... Wiele się nauczyłam i w końcu przeniosłam projekt z dawnej szkoły wiejskiej – jednoklasowej izby i gabinetu nauczyciela – na nasze poddasze, gdzie wystawy odwiedzało wielu okolicznych mieszkańców, ludzi z innych wsi, z Poličky i większych pobliskich miast, właścicieli letniskówek, artystów. Jeden z wystawiających artystów znalazł dzięki mojej wskazówce opuszczony kościół w pobliskim Jimramovie, gdzie teraz mieszka i również organizuje wydarzenia kulturalne, koncerty, wystawy i tak dalej (Jakub Tomáš Orel). Albo stowarzyszenie Přespolní z pobliskiej Lubnej, które zajmuje się zagospodarowaniem opuszczonych budynków wiejskich. Może wszyscy nosimy w sobie potencjał bycia artystą – to dar kreatywności i jej rozwijania, porzucanie lęków, droga ku wolności. Ale nie każdy może to robić na najwyższym poziomie – chodzi o wytrwałość, a przede wszystkim o obsesję i prawdziwą wewnętrzną potrzebę wyrażania siebie i komunikowania się w ten sposób. Ze szkół artystycznych wychodzi dziś mnóstwo artystów, wielu z nich jest znakomitych, sądzę, ale odsetek tych, którzy wytrwają w sztuce, nie jest aż tak wysoki. Świat jest jednak wielki i dziś znacznie łatwiej jest pozostawać w kontakcie – wyjechać gdzie indziej, szukać szans i oparcia w centrach sztuki jak Londyn, Berlin, Nowy Jork, Paryż i dalej... Świat interesuje się nowymi, długo pomijanymi regionami – na przykład Afryką... Jesteśmy sobie bliżsi i bardziej świadomi tego, co się dzieje, dzięki mediom społecznościowym (tym zdradliwym wodom). Myślę, że świat kipi kreatywnością – kiedy to wszystko przeglądam, znajduję mnóstwo rezonansu z tym, co teraz czuję. Język sztuki rośnie i przekształca się nieustannie; jest żywy i wchłania wszystko wokół. Kiedy otwierają się śluzy kreatywności – często zablokowane przez kogoś, kto powiedział ci, że nie jesteś wystarczająco dobry – możesz skierować tę energię w dowolną dziedzinę, nie tylko w sztukę.

W Chaosie żyją i dorastają także wasze dwoje adoptowanych dzieci, i widać, jak pięknie rozkwitły w tym otoczeniu. Jaką rolę odgrywa sztuka w ich wychowaniu – i czego one nauczyły Ciebie o tworzeniu?

Dzieci zawsze fascynowały mnie swoją spontanicznością, niewyczerpaną energią, zabawami, które rodzą się z niczego. To urodzeni performerzy, filozofowie, naukowcy – radosne, czyste istoty, które jak my wszyscy stopniowo tracą to piękno, bo życie nas ściera. Jedna z moich pierwszych wystaw to był Róza extáze – zrodzona z oczarowania obserwowaniem mojej siostrzenicy Rózy, jej tańców i figli. Powstała z tego seria fotografii, wystawiona kiedyś w galerii Velryba przy ulicy Opatovickej w centrum Pragi (galeria nadal istnieje, ale rzadko mam czas ją odwiedzić). Zainspirowały mnie idee Osho, jego książka O dzieciach, nagrania jego wykładów na ten temat. Myśl, że dzieci najlepiej się rozwijają, kiedy pozwoli im się odkrywać świat bez ingerencji wychowawców, a nawet rodziców, kiedy da im się przestrzeń i czas – sądzę, że teren naszego gospodarstwa był do tego idealny... Kiedy miałam siły, mogłam im zapewnić ten luksus. Niestety później, jak wszędzie, ugięliśmy się pod presją środowiska szkolnego, gdzie wszyscy już mieli telefon. Szkoła wręcz wymagała, by dzieci miały smartfony na lekcje informatyki. Dzieci chcą ze sobą czatować i grać, bo tutaj na wsi nie mają rówieśników, i tak dalej. Dzieci nauczyły nas mnóstwo rzeczy i nadal uczą – przede wszystkim cierpliwości. Teraz może zostanę z tym sama, więc naprawdę nie wiem, jak to się skończy, ale w gruncie rzeczy to one trzymają mnie teraz na powierzchni. Są pozytywne i utalentowane, grają na skrzypcach i pianinie, mają dobre oceny, i jestem szczęśliwa, że je mam. Wszyscy nadal uczymy się w szkole życia. Wydaje mi się, że rola rodziców i nauczycieli bywa nieco przeceniana – dla mnie zawsze ważniejsi byli koledzy z klasy.

Mówisz otwarcie, że z pieniędzmi sobie nie radzisz. Przychodzi mi do głowy – Twoje dzieci są twórcze, utalentowane – czy myślisz o tym, gdzie mogłyby zdobyć umiejętności finansowe, których sama nie możesz im przekazać?

Mój syn Hugo gra w gry, w których uczy się handlować i wymieniać, i wydaje mi się, że ma to we krwi. Johanka na pierwszym festiwalu, na który ją zabraliśmy – odbywał się w opróżnionym basenie przed rozpoczęciem sezonu – miała bransoletkę ode mnie i spontanicznie zaczęła nawiązywać kontakty z ludźmi, wymieniając bransoletkę na inne rzeczy, próbując ich i oddając z powrotem. Miała jakieś dwa lata; było to urocze i widzieliśmy, że sobie w świecie poradzi. Ja potrafię poprosić o uczciwą cenę za swoją pracę. Niektóre rzeczy trzymam i przechowuję latami, zanim się z nimi rozstanę... Moja kolekcja rysunków na przykład wydaje mi się bardziej intymna niż fotografie i niechętnie ją sprzedaję. Zaczęłam sprzedawać trochę więcej kilka lat temu, w czasie pandemii. Mówię sobie, że kolekcjonerzy pewnie myślą coś w stylu: "Długo się trzymała, starzeje się." Zostawiłam jakiś ślad, więc chyba teraz ma to dla nich sens... Nie wiem dokładnie, jak to działa – podobno ludzie zaczęli kolekcjonować pokolenie lat dziewięćdziesiątych, bo mieli dość lat osiemdziesiątych. Kiedyś sprzedawałam coś instytucji raz na kilka lat; mniejsi kolekcjonerzy kupują u mnie tylko okazjonalnie. W Czechach jest chyba tylko garstka dużych kolekcjonerów, ale nie znam się na tym świecie. Z aukcjami nie mam najlepszych doświadczeń, ale czasem, kiedy jest ciężko, oddaję coś na aukcję, albo gdy chcę wesprzeć jakąś sprawę.

Moja największa dotychczasowa sprzedaż doszła do skutku ze wsparciem kilku stron – trafiła do kolekcji GASK (Galeria Regionu Środkowoczeskiego). To była ikoniczna praca, która reprezentowała Czechy na Biennale w Wenecji w 1999 roku. Galeria Narodowa ma jedną jedyną moją pracę od mniej więcej trzydziestu lat – chyba podarował ją kolekcjoner Jelínek, który kupował od młodych artystów w połowie lat dziewięćdziesiątych... GHMP (Galeria Miasta Pragi) ma najwięcej, ale często chodziło o wymianę na wsparcie wystawy lub produkcję katalogu. MuMoK (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Wiedniu) na przykład posiada moją dużą fotografię z serii Pohledy (Spojrzenia). Mieli ją na wystawie, a ja nawet nie wiedziałam, że tam jest. Spotkałam kogoś na ulicy, kto pogratulował mi obecności na wystawie w Wiedniu i w ich kolekcji – ale okazało się, że podarowała ją rozwodząca się para prywatnych kolekcjonerów, którym mój ówczesny wiedeński galerzysta sprzedał ją dawno temu...

W latach dziewięćdziesiątych mieliśmy spółkę z o.o. Już o tym wspominałam... Potem zaczęłam uczyć i jakoś polubiłam uczenie się nauczania – do dziś, choć finansowo to naprawdę głównie hobby. Były momenty, kiedy pożyczałam pieniądze od przyjaciół, ale zawsze jakoś oddawałam.

Wystawiam dość aktywnie; sprawia mi to przyjemność i motywuje. Od kiedy mam dzieci, proszę o honoraria. Zwykle są symboliczne, czasem żadne, czego nie rozumiem – nawet ja, z naszą małą Galerią Kabinet Chaos prowadzoną przez stowarzyszenie na wsi, starałam się płacić artystom z dotacji, więc nie rozumiem, dlaczego gdzie indziej się nie da. Jeśli chodzi o ranking artystyczny J&T Banka (roczny indeks czeskiego rynku sztuki) – mam pewne zastrzeżenia. Nie jestem pewna, czy można go uznać za obiektywny, skoro prowadzą go prywatna galerzystka, magazyn i bank, który nabywa prace najwyżej sklasyfikowanych artystów. Mówią, że brak na liście lub niska pozycja nie oznacza braku jakości. Ale czy chcą czy nie, artyści na szczycie mogą mieć łatwiej z sukcesem komercyjnym – i podobno nie chodzi o to, że więcej sprzedają, ale o to, jak często i w jakich instytucjach wystawiają. W ostatnich latach jestem wyżej w rankingu, chociaż wystawiam z mniej więcej taką samą intensywnością od lat dziewięćdziesiątych, ale sprzedaję więcej, odkąd przesunęłam się z okolic 70. na około 20. miejsce. Zauważyłam, że często się do mnie zgłaszają, gdy otwiera się nowa galeria – moje nazwisko jest znane i przydaje im się, mam nadzieję że też moja twórczość. Ostatnio Automatické mlýny – Galeria Gočára – zaprosili mnie do stworzenia wielkoskalowej instalacji na ogromnej ścianie, z zamiarem włączenia tych prac ściennych do kolekcji. Potem odkryli, że w tym szalenie drogo wyremontowanym młynie nie mają wystarczająco miejsca w magazynie – to mnie naprawdę rozbawiło. Czasem myślę, że powinnam wszystko sprzedać, żeby zrobić miejsce na coś innego, na przykład ciemnię. Albo przestrzeń do terapii ciemnością.

Ogień na gospodarstwie Chaos
Ogień na gospodarstwie Chaos

Przez dziewięć lat kierowałaś Pracownią Nowych Mediów w Akademii Sztuk Pięknych. Dziś mieszkasz na wsi i komunikujesz się ze światem przez Instagram. Jak postrzegasz rolę narzędzi internetowych w karierze artysty – czy to dziś konieczność, czy może być też pełnoprawnym środkiem wyrazu?

Ze wszystkim da się pracować. Nadal dojeżdżam raz w tygodniu – od dziesięciu lat uczę na Anglo-American University, gdzie prowadzę swoje Cross Media Art Studio, zestaw kilku kursów, w których łączę elementy arteterapii i prowadzę studentów zarówno ku sztuce, jak i ku poznaniu siebie.

Ciekawy zbieg okoliczności – inny artysta, z którym rozmawiamy, Jiří David, lata temu puścił swoją domenę i teraz jacyś Rosjanie oferują ją za 1500 dolarów. Twoja domena verosrekbrom.com też nie działa. Jak się z tym czujesz – to po prostu nie jest priorytet, czy radzisz sobie z prezentacją inaczej?

Instagram jest dla mnie dość naturalnym narzędziem, ale jakoś nie jestem w stanie publikować samej sztuki. To mój mały magazyn o sztuce i życiu, w którym dzielę się historiami: #villagelife #sisterhood #villageculture #Prahaha #Kidsplay i innymi. Niestety przegapiłam termin płatności i skasowali mi stronę. Potrzebuję kogoś, kto mi w tym pomoże. Od dziesięciu lat pracuję nad książką zatytułowaną Autobiograf; moja przyjaciółka, artystka, fotografka i graficzka Markéta Othová, pomaga mi teraz z layoutem. Chciałabym, żeby strona była gotowa, gdy wyjdzie książka, wizualnie skoordynowana, bo szczerze mówiąc w książce mało się mieści i chciałabym umieścić link QR do strony. Moja twórczość jest dość różnorodna – może to samo w sobie jakaś przypadłość, patrząc z dystansu, ale jestem raczej typem hiperaktywnym, który nudzi się robieniem czegoś, o czym już wie, że działa. Ciągle szukam nowych środków wyrazu i od fotografii – albo w jakiś sposób przesuniętej fotografii, bo eksperymentowałam z tym medium – ciągle próbuję najróżniejszych rzeczy. Ostatnio ciągnie mnie bardziej do materiałów, kolorów, rysunku-malarstwa-druku – jak to zwał – z włączeniem naturalnych matryc... Lubię pracować szybko, w trybie akcji. Z dziećmi i gospodarstwem nie mam wiele czasu... Ale ta akcyjna, performatywna jakość – rodzaj pracy z tego, co tu i teraz – bardzo mnie pociąga; to w gruncie rzeczy samo w sobie jest performansem... Wiesz, jak to jest. Właśnie sobie przypomniałam, jak ciągnąłeś płótna przez przyrodę.

Nasz magazyn czytają między innymi osoby na początku drogi artystycznej. Jaką radę dałabyś absolwentom szkół artystycznych – zostać w dużym mieście czy szukać własnej drogi, nawet jeśli prowadzi zupełnie gdzie indziej?

Idźcie własną drogą, dokądkolwiek was prowadzi. Słuchajcie serca i intuicji – korzystanie z rozumu temu nie przeszkadza. W równowadze można przejść nawet po linie z radością i uśmiechem. Nie bójcie się przekraczać swoich granic; bądźcie uczciwi i szczerzy w tym, co robicie. Pewnie nie uda się nie zerkać w lewo i prawo, ale starajcie się zawsze wracać do siebie i do własnych uczuć i przemyśleń. Nie dajcie się zniechęcić ani zastraszyć. Uczcie się – jest wielu nauczycieli, kierunków, możliwości. Każde nowe doświadczenie, dobre czy złe, posuwa was naprzód na waszej drodze. A droga w sztuce jest nieskończona... To całożyciowy dialog z samym sobą i ze światem poprzez dzieła, które tworzycie. Dobrze jest coś ukończyć, zanim przejdziecie do następnej rzeczy. Czytajcie, karmcie swoją duszę, ćwiczcie umysł, zwracajcie uwagę na ciało, eksperymentujcie w sztuce, próbujcie pracy z różnymi materiałami i technikami. Rzemiosło teraz kwitnie – no, macie wszystko przed sobą, i to jest piękne!

Dziękuję za rozmowę i życzę wszystkiego dobrego!

Czytaj w oryginale: Česky

Odkryj artystów

Matěj Lipavský

Czechy Malarstwo

Matěj Hanusch

Czechy Rzeźba

Natálie Klimšová

Czechy Malarstwo