Vít Kalvoda jest założycielem kawiarni i klubu muzycznego Ponava w parku Lužánky w Brnie, organizatorem wielogatunkowego PonavaFest oraz współzałożycielem Stowarzyszenia Muzyki Klubowej Brna. Były specjalista od finansów, który od ponad dziesięciu lat żyje dla niezależnej kultury – organizuje festiwale, prowadzi internetowe radio Ponava Radio i buduje międzynarodową platformę muzyczną UFMC. W tej rozmowie opowiada, ile to kosztuje, dlaczego nie przestanie i co trzyma go na grzbiecie wiatru.
Kiedy po raz pierwszy w życiu zorganizował Pan coś dla innych ludzi – i dlaczego?
Kiedy miałem jakieś cztery lata, dawałem przedstawienia kukiełkowe dla dziewczynek z sąsiedztwa. To wspomnienie wiąże się z pewnym obrazem: idziemy boso latem po świeżo wyasfaltowanej drodze, asfalt przykleja się do pięt – a potem robię przedstawienie, dziewczynki się śmieją, chowają pod łóżkiem, a ja jestem szczęśliwy. Robiłem to pewnie dlatego, że lubiłem te dziewczynki, a może raczej dlatego, że kochałem ich radość i śmiech, te hormony szczęścia latające w powietrzu. Robiłem to z miłości i dla radości.
Kolejny obraz pochodzi z 16 września 1998 roku, gdy przeczytałem, że tego dnia Vladimír Hollan ma urodziny. Pożyczyłem klucz do sali muzycznej w dawnym kolegium pijarów od dyrektora liceum w Kyjovie (Morawy Południowe), Miloša Malca, i zorganizowałem tam, w wąskim kręgu nastolatków zainteresowanych kulturą, wieczór literacki z krótką wstawką muzyczną.
Wygląda na to, że wizja kulturalna, w formie stosownej do każdego wieku, towarzyszy mi od dzieciństwa.
Kiedy to stało się zawodem? Czy był jakiś punkt zwrotny?
W 2009 roku ktoś w Czeskim Banku Narodowym zaszczepił we mnie pomysł stworzenia serii o edukacji finansowej. Zacząłem więc pisać zbiór opowiadań o oszustach, drapieżnikach i manipulatorach rynku finansowego. W 2011 roku, dzięki podpowiedzi Hanki Chalupskiej i współpracy z kolegami z zespołu Les Yielles – Honzą (Olivą) Oravą i Radovanem (Draxxem) Kramářem – udało mi się zdobyć porządny grant z unijnego programu edukacyjnego (OP VK) na produkcję serialu telewizyjnego Hvězdný prachy (Gwiezdny pył). Nakręciliśmy odważny serial oparty na opowiadaniach z mojej książki, łączący często szokujące dokumenty studentów FAMU (Wydział Filmowy i Telewizyjny Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze) z ramą aktorsko-animowaną Zdeňka Durdila.
Niestety kompletnie nie trafiliśmy w rozwlekły telewizyjny format dokumentalny 26 minut. Czeska Telewizja nigdy nie wyemitowała serialu i został on na YouTube. Dokumentował siedem typów oszustów na rynku finansowym i odsyłał do strony z porównywarką realnych produktów finansowych.
Wyraźnie czułem, że tą akcją jednocześnie podciąłem gałąź, na której siedziałem w sektorze finansowym. Wszystkich rozgniewałem i nie pozostało mi nic innego, jak odejść jako persona non grata i szukać gdzie indziej. Podążanie za tym białym królikiem doprowadziło mnie w 2013 roku do założenia inicjatywy wolnej waluty i ekokulturowego stowarzyszenia Zahrady soutoku (Ogrody Zbiegu Rzek), a od 2015 roku do produkcji kulturalnych w Ponava.Cafe.
Czy w Czechach da się żyć z niezależnej kultury?
Próbuję to ustalić od jedenastu lat. Sam chciałbym znać odpowiedź. Jeśli mi się nie uda, będzie to małe rozczarowanie, ale nie wielka niespodzianka. Na razie wierzę, że jestem w stanie zarobić przynajmniej na dach nad głową i jedzenie. Wciąż szukam zasady, która pozwoliłaby mi zachować coś na życie ze środków, czasem niemałych, które pompuję w żyły obiegu kulturalnego – bo to proste: im więcej zostawisz dla siebie, tym mniej zostaje dla innych, i to widać na imprezach.
Sztuka skupiona na prawdziwej wewnętrznej wartości wydaje się oddychać bardziej do wewnątrz niż na zewnątrz i rzadko kiedy dociera do szerokiej publiczności. Kto robi ją, żeby się podobać, zaczyna cuchnąć albo popada w mdłość oczekiwanego. Kto nie robi jej, żeby się podobać, zadowoli jedynie wąskie kręgi miłośników autentycznego ducha i poszukującego talentu – ale zarabianie na życie staje się wtedy delikatną kwestią, bo w tych kręgach sam fakt, że ci coś z tej pracy zostaje, bywa uważany za występek.
Z czego żyje ktoś, kto prowadzi niekomercyjne projekty kulturalne?
Przede wszystkim z oszczędności. Ostatnią zimę głównie z roślin strączkowych i różnych rodzajów mąki i kasz, które zostały po zamknięciu kuchni w czasie covidu. Aktualnie jestem na sorgu. Takie rzeczy się szybko nie psują. Pomógł mi też handel złotem.
Poza tym ze sprzedaży kawy i piwa, z grantów i ze zdolności sprzedawania swoich wizji i pomysłów ludziom u władzy oraz przekonywania ich, że to służy społeczeństwu. Czasem też z darowizn i pożyczonych pieniędzy, albo z dorywczych prac w innych dziedzinach, w których się orientujesz. Ale na te dorywcze prace zostaje coraz mniej energii.
Zatrzymajmy się przy grantach. Jakie ma Pan doświadczenia? Jakieś praktyczne wskazówki?
Zabrzmi to banalnie, ale zasada jest naprawdę prosta: instytucje dają pieniądze organizatorom i projektom zgodnym z ich celami. Więc jeśli chcesz pieniędzy, rób to, na co są środki, i rób to dobrze. Jeśli to, co jest wspierane, nie pasuje do tego, kim jesteś, nie zmuszaj się – będziesz cierpieć.
Próbując się podobać, tracisz autentyczność i niezależność. Jak daleko jesteś gotów się posunąć w dążeniu do podobania się i w gotowości bycia merytokratycznym narzędziem stabilizacji władzy? Za pewną granicą stajesz się politykiem, jeśli nie współsprawcą zorganizowanej przemocy – władzy politycznej. Jeśli idee grantodawców i twoje plany są zbieżne, przekaż im te idee – jak najjaśniej i bez względu na często głupie formularze.
Im bardziej skomplikowana administracja projektu, tym mniej pracujesz nad samym projektem, a tym więcej nad tą administracją. Za pewnym progiem stajesz się urzędem. Tego chcesz? Utrzymuj poziom, choćby na styk, bo grantów nie daje się potrzebującym, żeby ich nie roztrwonili. Argument „zrobiliśmy źle, bo nam nie daliście“ nikogo nie interesuje. Nie bój się inwestować – kto wygląda, jakby nie miał nic, nic nie dostanie, a kto się boi, niech nie wchodzi do lasu.
Cena, którą płacisz za niektóre pieniądze, jest za wysoka i takie projekty nie są tego warte. Mówię o momencie, w którym przestajesz być sobą, bo naginasz swoje pomysły do kategorii grantowej na drodze kompromisów. To pewny przepis na wypalenie i nadprogramową robotę – z entuzjastycznych wizjonerów mogą stać się zgorzkiali biurokraci.
Pomysły projektowe siedzą w komórkach jak pszczele jajeczka, czekając na pożywne mleczko pszczele. Jajeczku ze złym DNA nawet dużo mleczka nie pomoże – może z niego wyrosnąć coś bezużytecznego albo szkodliwego. Ale i znakomite DNA bez mleczka umiera, wysycha, nic nie wydaje i następnym razem mleczka też nie dostanie.
Rób rzeczy, które umiesz i chcesz robić, z ludźmi, z którymi chcesz współpracować i z którymi ci się dobrze pracuje. Nie ma nic smutniejszego niż stos mleczka pszczelego z pływającym w nim martwym jajeczkiem. To zresztą często obraz zachodniego społeczeństwa w ogóle: po uszy w mleczku, ale bez wizji. Dlatego zawsze podążam za żywą ideą żywej społeczności, wyciągam z niej wizję, wspieram ją i łączę kreatywnie, prowadzę burze mózgów i spotkania, podtrzymuję dynamikę społeczności projektu, kręcę pedałami i próbuję znaleźć odpowiednie źródła finansowania.
Nie waham się dziękować temu, kto wspiera projekt, nie osądzając go. Bo pieniądze są zawsze brudne, a kto je obraca, brudzi się. Stróż sterty kompostu nie może pachnieć różami, ale bez kompostu róże nie kwitną i nie pachną. Za to przesadne nawożenie spala wszystko. Zastanów się, czy w swojej branży jesteś gotów i przygotowany na kontakt z posiadaczami władzy politycznej – tymi, którzy ostatecznie decydują o pieniądzach – i na wciągnięcie ich do gry.
Grantodawcy zwykle rozpoznają dobry projekt, ale twoja reputacja też odgrywa dużą rolę – może zwiększyć lub zmniejszyć wiarygodność projektu. Ważne jest, żeby mieć wizerunek. Ja wolę budować swój wizerunek realnym działaniem, ale zawodowi łowcy grantów fabrykują swój PR i reputację przede wszystkim poprzez media i wpływ na kluczowe osoby, kierując się mottem: „One ounce of image is more than ten pounds of performance.“ Brzydzę się tym.
W komisjach zasiadają zwykle także ludzie, którzy odróżniają dobre od złego. Pytanie, jakie jest ich główne źródło dochodów, czy kierują pieniądze przede wszystkim do tych, z którymi już współpracują, i kto ich do tych komisji powołał. Nie chcę mówić, że wielcy gracze sami sobie konstruują komisje przez wpływowych urzędników, a potem z otrzymanych środków wypłacają sobie honoraria, ale takie sytuacje niestety się zdarzają.
To jest ta realna i ciemna ścieżka, na której czają się potwory. Ja próbuję iść jasną ścieżką, na której skarby nie są tak bogate, ale i potwory siedzące na nich są nieobecne: pisać w projektach prawdziwe, żywe słowa, mówić do członków komisji tak, żeby idea do nich dotarła, aplikować o skomplikowane granty, w których uczestników filtruje się po jakości tekstu i projektu, a oceniających dobrze izoluje się od lobbystów.
Martwe słowa i frazesy nikogo nie interesują. Niektórych niestety nie interesują nawet żywe – nie studiują projektów i rozdzielają pieniądze na wyczucie i według opinii swojej bańki.
Co na pewno ci pomoże, to dbanie o swój dorobek i autoprezentację. A słowa twoich projektów muszą być spójne z tym dorobkiem, z rzeczywistością i ze sposobem, w jaki się prezentujesz.
Na koniec zrozum jedno: wielkie projekty z wieloma pieniędzmi oznaczają ogromną ilość pracy, czasem tak dużo, że to stresujące, wyczerpujące, wręcz autodestrukcyjne. Setki godzin pisania i rzetelnej pracy, bóle pleców, głowy i Sitzfleisch, z zupełnie niepewnym wynikiem. Czy tego chcesz przez długie miesiące w swojej projektowej celi?
Ile miesięcy w roku możesz poświęcić na pracę, która może okazać się zupełnie daremna, psychicznie wyniszczająca, z dala od bliskich? Za każdy grant płacisz cenę długich godzin rzetelnej pracy intelektualnej, organizacyjnej, prezentacyjnej i dokumentacyjnej, która może cię znacznie oddalić od istoty twojej działalności. Do tego potrzebujesz organizacji – managerów, dramaturgów, koordynatorów, administratorów. I licz się z tym, że na koniec zostanie „temu mało, tamtemu nic…“ a najmniejszy ucieka do domu, bo zostały mu tylko długi.
Licz się też z tym, że kiedy wreszcie osiągniesz sukces i będziesz miał w rękach duże pieniądze, zaczną się pod ciebie podkopywać ludzie – nazywam ich grantowymi pasożytami – którzy nie chcą twojego projektu, lecz twoich pieniędzy, i którzy stanowią pełzające zagrożenie dla twojego projektu. Bez wcześniej przygotowanego zespołu, który oddycha na bazie wspólnych wartości i interesów, projekt niewiele ma sensu. A ten zespół musi być gotowy zawczasu, w oczekiwaniu, że jeśli się uda, zrobimy razem coś pięknego.

Dlaczego nie robi Pan czegoś bardziej dochodowego?
Zastanawiam się głęboko. Pewnie dlatego, że gdybym przestał, zawiódłbym wielu ludzi, dla których to robię. Musiałbym pewnie wyprowadzić się daleko, żeby nie spędzić reszty życia na tłumaczeniu, dlaczego się poddałem.
Teraz sytuacja jest taka, że z góry wywierana jest presja, żeby zakończyć działalność kulturalną Ponavy i zamienić to miejsce – będące czymś w rodzaju klubu wolnej kultury i różnych projektów – w zwykłą restaurację.
Jeśli przegram tę bitwę o mój kawałek ziemi, pójdę robić coś bardziej dochodowego. Ale to nie znaczy, że będzie mi lepiej. Z relacji osobistych i rodzinnych po tych wszystkich latach działalności niewiele zostało, więc opieka nad tym moim miejscem na mapie, które postanowiłem budować jako przestrzeń kulturalną, jest tak naprawdę główną rzeczą, która mi została i która jeszcze daje mi radość.
Od dzieciństwa kocham muzykę – unosi mnie i wnosi w życie lekkość i radość. Podobnie dobra kawa i dobre piwo. Staram się więc jak najlepiej opiekować tą świętą trójcą i nie wiem, co innego bym robił. Oczywiście mógłbym się opiekować drzewami, pszczołami, końmi, psami albo dziećmi, ale los zawiał mnie tutaj i chyba za późno na zmianę kursu.
Być może po prostu nie jestem w stanie zamienić wolności na pieniądze, i nawet gdyby fala kapitału zmiotła moje zamki z piasku, poszedłbym prowadzić kolejne entuzjastyczne, kulturowo-ewangelizatorskie, szalone przedsięwzięcie, bo pewnie za bardzo przyzwyczaiłem się do tego samarytańskiego wyciągania rąk ku niebu. Kiedy będę musiał przestać, ruszę w drogę i poczekam, dokąd mnie wiatr poniesie.
Ale na razie mam nadzieję, że moje nieprawdopodobne przedsięwzięcie zostanie zachowane – przez Boga, wszechświat, dobrego ducha albo może przez posiadaczy władzy biurokratycznej i ekonomicznej – jako nieprawdopodobny fenomen i dowód ich jaśniejszej strony.
Co Pana ta praca kosztowała?
Żeby się przebić przez ten twardy teren, musiałem wielokrotnie dać z siebie absolutnie wszystko – cały swój czas i energię, nieraz przez tygodnie, a nawet miesiące stając się niewolnikiem swoich wizji i projektów. Czasem z uczuciem niewolnika, czasem partyzanta zamkniętego miesiącami w bunkrze, pracowałem nad rozpadającymi się projektami, żeby nie runęły. Często już w stanie osobistego rozkładu próbowałem doprowadzić statek – albo to, co z niego zostało – do portu, żeby przetrwała nazwa i organizacja.
Ucierpiało zarówno moje zdrowie psychiczne i relacje osobiste, jak i sama kawiarnia. Nie da się pisać i organizować wielkich projektów i jednocześnie dbać o siebie i bliskich i pilnować obsługi kawiarni. Wybrałem kulturę ponad konsumpcję i życie osobiste, i były już momenty, kiedy kultura mi to oddała. Jestem za to bardzo wdzięczny, bo innym się tak nie zdarzyło – czy to przez mniejsze szczęście, czy dlatego, że nie dali wszystkiego. I może będę musiał zamknąć stronę gastronomiczną pod presją władz Brna i konkurencji – ale wolałbym tego nie robić, bo dobra kawa i dobre piwo idą w parze z dobrą muzyką.
Zawsze chcę powiedzieć, że ta praca kosztowała mnie przede wszystkim relacje osobiste i rodzinne. Ale nie jestem pewien, co jest jajkiem, a co kurą – czy zawiodłem w relacjach, bo zajmuję się kulturą, czy też projekty są tak naprawdę bezpieczną przystanią przed skomplikowanym i bolesnym światem relacji osobistych. Tak czy inaczej, stała się z tego spirala, która wkręca się coraz głębiej.
Bo kiedy nie masz dla bliskich ani czasu, ani pieniędzy, nie masz też bliskich. Ale czy to wina mojej pracy, czy mojego charakteru, genów i wychowania? Nie wiem.
Co ta praca na pewno mnie kosztowała, to mnóstwo pieniędzy i czasu, nerwów i zdrowia. Wątroba, plecy, nerwy, serce, płuca, naczynia, ręce i ogólnie psychika, siła życiowa – to się najbardziej zużywa. Widziałem, jak niektóre moje autorytety umierały na raka i inne choroby. Rak znalazł też mnie, i to w momencie, gdy sytuacja była najbardziej nie do zniesienia. Guz był maleńki i wycięli go w porę, ale to było jasne memento mori, przypomnienie, że trzeba zachować jasność umysłu i nie dać się złamać. Próbowałem potraktować usunięcie guza jako odcięcie chorej części mojej historii i staram się nie powtarzać tego chorego rozdziału.
Jak Pan zachowuje równowagę psychiczną, kiedy wszystko jest niepewne?
Najlepiej się to udawało dzięki partnerce życiowej i towarzyszce walki. Wspaniałym towarzyszem i wsparciem był też biały anioł Akira Finemon, któremu teraz wspólnie z Jirką Pecem i Tomášem Vtípilem postawimy śpiewający pomnik (jeśli zarząd zieleni miejskiej w Brnie ostatecznie nam pozwoli).
Teraz, gdy odeszły kobiety i pies, w trudnych chwilach zostaje mi tylko wiara i wszystkie kanały dobrego ducha – medytacja, sauna, słońce, joga, bieganie, muzyka, radość spotkań, masaż i tak dalej. Ostatnio towarzyszą mi często stare pieśni żydowskie pełne światła, pieśni narodu, który pokonał to, co nie do pokonania, i wciąż powstawał z prochu. Kiedy mogę, albo kiedy to konieczne, leczę się nad morzem – to kocham najbardziej, jak dotknięcie wieczności. A kiedy nerwy są naprawdę w kiepskim stanie, sięgam po walerianę albo łzy feniksa.
Wciąż powraca pewien obraz senny: lecę w powietrzu siłą modlitwy, bez celu, bez sensu, oddany losowi, kieruję umysł ku Bogu, żeby mi wskazał drogę. Tak się czuję od jedenastu lat – oprócz odrobiny gratów nie mam prawie nic, tylko wiarę w siebie i w los. Osiodłałem wiatr swoją wiarą i na tej wierze – że wszystko, co się dzieje, jest słuszne, ale że trzeba walczyć do ostatniego tchnienia – wciąż lecę.

Co Pana trzyma w całości, kiedy dookoła wszystko się wali?
Dobra kawa!
Wiosenne słońce.
Podstawowa zasada mojej osobowości: działać dla innych.
Miłość, jako zasada życia i jedyna rzecz mająca sens.
Najlepiej ku komuś, ale jeśli nikogo nie ma, wciąż jestem ja i stworzony wokół świat. Dopóki mój człowiek jeszcze jest, wciąż jest ktoś, o kogo można się troszczyć, jest program i spadek wcześniejszych dla późniejszych, jest naczynie, które muszę utrzymać w całości siłą woli, miłości i radości, aż pęknie bezpowrotnie.
Jest pamięć o minionym pięknie, obrazy z dzieciństwa pełne światła, które pojawiają się tym mocniej, im mniej światła jest w obecnych dniach. Jestem biegaczem sztafetowym moich przodków, którzy nie chcą, żebym upadł.
Jest pamięć o prawdziwym wojowniku – moim legendarnym pradziadku, ojcu Bohumila Hrabala, bohaterze wojennym, który przeżył trzy obozy koncentracyjne i eksplozję granatu. Czym jest moje cierpienie w porównaniu z jego?
Jest światło miłości i życia, które niesiemy dalej – hewenu szalom alejchem. Nie wolno nam się poddawać.

Jak Pan trafił do kawiarni w parku Lužánky?
Pewnego dnia idę koło tego budynku, wyprowadzam psa Fina, i widzę znajomego z projektu wolnej waluty, jak maluje ten dom.
Moja ówczesna dziewczyna Kamila od dawna przyglądała się temu budynkowi, chciała realizować swoje instynkty gościnne i uważała to miejsce za idealne. Mówię: „Hej, Peťo, to twoje? Gratulacje. Zawsze mówiliśmy, jak fajnie byłoby mieć tu lokal.“ A on bez wahania: „To dołączcie.“ Ja: „Naprawdę?“ On: „Jasne!“
Pobiegłem do domu z wielkimi oczami, obudziłem śpiącą Kamilę i opowiedziałem wszystko. Tego samego dnia umówiliśmy się z Petrem na współpracę. Po roku Petr z żoną zdecydowali się sprzedać nam firmę. Prowadziliśmy ją z Kamilą jeszcze mniej więcej rok, zanim się rozstaliśmy, a po kolejnym roku wzajemnego męczenia się wykupiłem jej udział.

Czym jest Ponava dzisiaj – kawiarnią, klubem, centrum kultury?
Jesteśmy bazą wolnej kultury, klubem muzycznym i miejscem ze znakomitym piwem i znakomitą kawą.
Jesteśmy próbą brneńskiego Hyde Parku, walką o wolność kultury w przestrzeni publicznej przeciwko nieustannym próbom jej krępowania i normalizowania.
Dziś z Ponavy wychodzi i z nią współpracuje mnóstwo projektów – programowanie klubowe, od trzech do sześciu festiwali (na których Ponava pojawia się często tylko jako dyskretne logo w pasku sponsorów) oraz kuratorska platforma muzyczna UFMC / Ponava.Radio.
Jesteśmy próbą połączenia radości piękna odbieranego przez różne porty i interfejsy. Jesteśmy BEER&MUSIC CAFE i te słowa łączą dla mnie (obok sztuk wizualnych, które u nas z racji ograniczonej przestrzeni grają drugie skrzypce) trzy sfery należące do najbardziej czczonych, wyrafinowanych i radosnych, niosące pewną esencję i nieskrępowaną radość życia. To nasze trzy klejnoty, albo jeśli wolicie, nasza święta trójca.
Wielu naszych czytelników to studenci i świeżo upieczeni absolwenci uczelni artystycznych. Co musi zrobić artysta, który chce wystawiać w Ponavie?
Na pewno ma dobre szanse na wystawę. Ponava to przestrzeń społeczna, a wystawiane tu prace docierają do ludzi, którzy nigdy nie postawiliby nogi w galerii. Ograniczona przestrzeń to minus, ale mieliśmy tu już rzeźby, asamblaże i inne. Wystawiający na pewno dostanie znakomitą kawę, piwo i wino – a jeśli znów będziemy mieli szczęście uzyskać granty wystawowe, których w ostatnich latach nie mieliśmy, znów będziemy też płacić honoraria artystom.
Kto chce u nas wystawiać, niech prześle próbki swoich prac na adres [email protected] – nasz obecny kurator wystaw chętnie je obejrzy i w razie potrzeby włączymy artystę do kalendarza wystawowego.
Opowiedz nam o tegorocznym PonavaFest.
Pewnie nie ma większego sensu wyliczać tu wszystkie perełki – lepiej zajrzyjcie na ponavafest.cz, jeśli pozwolicie mi na odrobinę autoreklamy. Osobiście najbardziej cieszę się na wybitną nowojorską gitarzystkę jazzową Mary Halvorson i grecką wokalistkę Savinę Yannatou – gwiazdy, które spadły na ziemię, raz jeszcze! W tym roku wygląda to też trochę jak festiwal pięknych kobiet, patrząc na wokalistkę psychodelicznie marzycielskich Den Der Hale i basistę francuskich „malarzy pokojowych“ Putan Club. Lokalna legenda Dunaj z Janą Vébrovou też imprezy nie zepsuje! Że tegoroczne przeżycia będą gwiazdorskie, podpowiada motto festiwalu: Park Side of The Moon.
Sam prawie nie zaglądam do programu, co najwyżej pobieżnie, bo wiem, że dramaturdzy festiwalu Honza Bartoň i Radim Hanousek zawsze przygotowują barwną i żywą mieszankę – świetną imprezę z jednej strony, wyrafinowaną głębię z drugiej. Wszystko to oczywiście przede wszystkim dla słuchaczy – niemal wstydzę się powiedzieć „pokolenie“ – którzy wciąż potrafią docenić autentycznych muzyków grających na żywo ze sceny niezależnej, mistrzowsko, a nawet wirtuozersko. Dla mnie nie ma w tym kraju lepszego festiwalu muzycznego.
Okazało się, że publiczność muzyki elektronicznej, którą ja osobiście, w odróżnieniu od niektórych kolegów, też cenię, była za daleko od reszty festiwalu. Dlatego w tym roku zastąpiliśmy ją programem filmów animowanych we współpracy z FAMU (Wydział Filmowy i Telewizyjny Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze); program teatralny przejęły Niezależne Teatry Brna. Z obu partnerstw bardzo się cieszę, bo studenci kierunków twórczych i małe teatry są gwarantowanym źródłem programu, którego jeszcze nie zdeformowało myślenie biznesowe i inżynieria wsteczna, skierowanego ku prawdziwemu pięknu i głębi. Jak zawsze będą też performerzy i poeci, warsztaty i medytacja… Surůvka, Gazdagová, Havlík, Olivová, David Helán, Jakub Orel, Postovit, Sedmidubská, Horský i cała gromada innych wspaniałych dziwaków.

W zeszłym roku po raz pierwszy wprowadziliście obowiązkowe wejściówki na PonavaFest. Co się zmieniło?
Wejściówki na festiwalu były zawsze, ale w zeszłym roku zaczęliśmy je prezentować jako obowiązkowe. Przyszło mniej ludzi (częściowo też przez złą pogodę), za to przyszli ci, których to naprawdę interesuje i którzy widzą wartość w naszym programie. Innymi słowy, przestali przychodzić ci, którzy przychodzili tylko dlatego, że było za darmo.
Wysokość wpływów z biletów prawie się nie zmieniła w porównaniu z poprzednimi latami – jedynie ogólna atmosfera straciła nieco na otwartości. Dlatego też w tym roku zrobiliśmy ogrodzenie czysto symboliczne, żeby przestrzeń nadal oddychała otwartością poprzednich edycji.
Wiedzieliśmy, że to niepopularny krok i że niektórych zdenerwuje. Ale obowiązkowe wejściówki zostały nam przedstawione jako warunek uzyskania sensownych dotacji z czeskiego Ministerstwa Kultury, więc starałem się znaleźć zdrowy rdzeń tej idei, który brzmi dla mnie tak: kultura jest wartością i ludzie powinni się nauczyć za nią płacić. Innymi słowy: niematerialna natura dóbr kulturalnych nie powinna być powodem do niedoceniania ich znaczenia w życiu. Muzyk Ivan Palacký wyraził to podczas pandemii w wywiadzie dla Ponava.Radio: „Muzyka jest dla mnie czymś jak powietrze.“
W programie spotykają się japoński noise, włoski brass-metal, Ivan Mládek i morawski folklor. Jak powstaje ten skład?
Rodzi się z dyskusji dramaturgów jako nasz konsensus. Interesuje nas to, co autentyczne, dowcipne, inteligentne, soczyste, pomysłowe, radosne, płynne, taneczne, precyzyjne, prawdziwe, dopracowane, odkrywcze, transcendentne, spontaniczne, dziwaczne, wyrafinowane i psotne, ciche i dzikie, genialne i po prostu dobre. Kafka, a przed nim Kriszna (o czym Franz nie wiedział), i z pewnością wielu innych powiedziało, że dobry człowiek idzie swoją drogą. Nasz festiwal jest dla takich ludzi. Tak chcemy sztukę i kulturalne jedzenie i picie: autentyczne, niesztuczne, stworzone nie przez analizę rynku, lecz przez rejestrowanie rzeczywistości.

Jaka jest proporcja między lokalnym a międzynarodowym – i dlaczego właśnie taka?
Mieszanie lokalnych korzeni z międzynarodowymi jest kluczowe: po pierwsze pragmatycznie, żeby ludzie przychodzili – bo mało kto chodzi na zespoły, których nie zna, a międzynarodowa twórczość niekomercyjna wydaje się coraz bardziej ukryta przed naszym małym stawem; po drugie na zasadzie cuvée, gdzie różnorodność pochodzeń i tradycji rodzi różnorodność form, kolorów i aromatów, zjednoczonych w tym, co jest formą uniwersalną, a zróżnicowanych w tym, co jest kolorem pochodzenia i tradycji.
Dla mnie to trochę święto uniwersalnego języka muzyki i zasady przekraczania wszelkich granic – granic, które ostatecznie zawsze są granicami przyzwyczajenia i historii, może granicami władzy, ale nie ducha, który mieszka ponad nimi.
Ale to tylko moje wyobrażenia. Prawdziwy blendmaster to nie ja, lecz dramaturdzy festiwalu, którzy realizują własne i cudze marzenia, zapraszając międzynarodowe i lokalne formacje, na które ich stać, by ułożyć odkrywczy i atrakcyjny program.
Patrząc wstecz na te prawie trzydzieści lat – zrobiłby Pan to samo?
Podjąłem mnóstwo złych decyzji, i to było potrzebne, żeby się czegoś nauczyć i poznać prawdę. Więc złe decyzje były tak naprawdę dobre.
Jako próżny pan pięknych planów i zawodowy rycerz walczący z wiatrakami jestem może postacią tragikomiczną, ale pewnie nie mógłbym stać się niczym innym. Czasem cierpię z powodu życia spędzonego na nieustannej walce o kruche zasady przy zbyt małym uznaniu i nagrodach. Ale co zrobiłem, zrobiłem z miłości i myślę, że to było słuszne – i nie dam się pożreć temu żalowi ani bilansowaniu. Tylko krok po kroku do przodu, „ku pięknu w pogoni za miłością“, jak śpiewa Robert Nebřenský, i „ku miłości w pogoni za muzyką“, jak dodałby Frank Zappa – i cieszyć się każdym odłamkiem światła, który przynoszą moje dni.
W ostatecznym rozrachunku, w pobliżu śmierci, to właśnie moje projekty były powodem, dla którego wróciłem do życia – bo życie bez prawdziwego działania i bez miłości nie ma dla mnie żadnego sensu.
Co powiedziałby Pan młodemu człowiekowi, który dziś myśli o życiu z kultury?
Nie mam poczucia, że mogę komukolwiek doradzać, ale kiedy dziś widzę kogoś wchodzącego w kulturę, mówię: NIE RÓB TEGO, TO PUŁAPKA! Finansowo to się oczywiście nie opłaca, a w najbliższych latach będzie pewnie tylko gorzej. Oczywiście nie musi to dotyczyć kultury państwowej i zaangażowanej politycznie – kultury skrępowanej, służącej utrwalaniu władzy.
Obawiam się jednak, że wymagany stopień sprzedawania siebie będzie rósł wraz z autorytaryzmem reżimu i słabnięciem nieokiełznanej energii w systemie, i z wojną.
Radziłbym szukać piękna raczej w codzienności i we własnym wnętrzu i w innych żywych istotach.
Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia!