Hana Puchová i Jiří Ptáček niedawno przejęli kierownictwo pracowni malarskiej na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Ostrawskiego, jako następcy Daniela Balabána i Václava Rodka. Nie mają jeszcze absolwentów i właśnie przeprowadzili pierwszy nabór. Nasza rozmowa z nimi celowo uchwytuje nie podsumowanie, lecz początek – ze wszystkim, co się z nim wiąże: entuzjazmem, niepewnością i pierwszymi zderzeniami z rzeczywistością instytucji. Właśnie dlatego chcieliśmy rozmawiać z nimi teraz, a nie za dwa lata, gdy wszystko się ustabilizuje, a odpowiedzi będą gładkie. Choć na co dzień jesteśmy z obojgiem naszych rozmówców na ty, na potrzeby tego wywiadu wróciliśmy do formy pan/pani.
Ilu studentów zastaliście w pracowni, gdy zaczęliście? Ilu zgłasza się na egzaminy wstępne za dwa tygodnie? Ilu planujecie przyjąć na pierwszy rok?
Hana: W pracowni jest ponad czterdziestu studentów i prawdopodobnie przyjmiemy sześć lub siedem osób.
Jiří: Praca z taką liczbą studentów jest niezwykle skomplikowana. Już na pierwszym spotkaniu jeden ze studentów powiedział nam szczerze, że po prostu nie jest w stanie wyobrazić sobie konsultacji grupowej dla całej pracowni. Miał rację – musieliśmy obrać inne podejście i łączyć różne rodzaje konsultacji na kilku poziomach. Sam budynek też nie oferuje dość miejsca, żeby wszyscy mogli w nim pracować. Właściwie mamy szczęście, że część studentów woli pracować we własnych pracowniach. Albo ich tam odwiedzamy, albo muszą przywozić prace, jeśli ich miejsce pracy jest poza Ostrawą. Tak czy owak, przy tej liczbie konsultacje indywidualne w dużej mierze zależą od inicjatywy samych studentów. Ma to swoje zalety – konsultacje wynikają z ich potrzeb – ale i wady, bo może się zdarzyć (i się zdarzyło), że z kilkoma osobami ledwie się widzieliśmy przez cały pierwszy semestr. Widzę w tym problem, który musimy aktywnie rozwiązać – problem odziedziczony po przeszłości pracowni.
Jak trafiliście do nauczania? Była to świadoma decyzja, czy przyszło stopniowo?
Hana: Przyciągnął mnie projekt Heleny Balabánovej, która założyła szkołę kształcącą romskie dzieci. To był rok 1996, byłam jeszcze studentką UMPRUM (Akademii Sztuk Pięknych, Architektury i Designu w Pradze). W tamtych czasach wciąż było dość powszechne, że romskie dzieci bez żadnej rzetelnej oceny trafiały wprost do szkół specjalnych. Helena chciała stworzyć szkołę z cieplejszym podejściem. To była też pierwsza szkoła, która utworzyła stanowiska romskich asystentów nauczyciela – i prawdopodobnie asystentów nauczyciela w ogóle. Wcześniej nie myślałam o sobie jako o pedagożce, ale projekt mnie pociągnął. Zaczęłam tam w 1997 roku i całkowicie mnie wciągnął – te wszystkie dzieci i ich historie – w końcu pracowałam tam do końca ubiegłego roku, prawie trzydzieści lat. Było mi tam dobrze, ale jednocześnie to było bardzo wyczerpujące. Przez ostatnie kilka lat miałam mniejszy etat, ale i tak od jakiegoś czasu czułam, że potrzebuję zmiany otoczenia.
Jiří: Pan pewnie pamięta, kiedy zacząłem bywać na FaVU (Wydziale Sztuk Pięknych Politechniki Brneńskiej). Najpierw jako przyjaciel Daniela Vlčka i niedoświadczony student historii sztuki, którego jednak szybko zaczęto zapraszać do komisji oceniających semestralne i dyplomowe. Szkoła brneńska stała mi się bliska, więc gdy w 2009 roku dziekan Michal Gabriel zaproponował mi przejęcie dydaktyki w Pracowni Wideo po Peterze Rónaim, z radością się zgodziłem. Moim partnerem tam był Jesper Alvaer, a następnie nowy – tym razem wybrany w drodze konkursu – kierownik Martin Zet. Później wykładałem w Prague College i do dziś prowadzę jeden przedmiot na UMPRUM w Pradze. W ciągu ostatnich dwudziestu lat miałem jednak okazję odwiedzić większość czeskich uczelni artystycznych. W 2017 roku Michal Kalhous, dziekan Wydziału Sztuki w Ostrawie, zapytał, czy mógłbym zastąpić na jeden semestr Petra Lysáčka, który wyjeżdżał do Chin. To było dla mnie wyzwanie, bo zawsze przedkładam bezpośredni kontakt z młodymi artystami nad wykłady z historii i teorii sztuki – to znaczy wolę wychodzić od ich głównego zainteresowania, ich własnej twórczości, i stamtąd zmierzać ku ramom teoretycznym i szerszym kontekstom. Studenci dali mi wówczas dobrą ocenę i obiecałem im, że jeśli Petr kiedyś odejdzie, zgłoszę się na jego miejsce. Co też uczyniłem. Nie zostałem wybrany, ale mi to nie przeszkadzało. Zwycięski tandem Pavlíny Fichty Čiernej i Terezy Velíkovej spełnił moją inną wizję – że kadra pedagogiczna wydziału potrzebuje więcej kobiet. A tego ja nie jestem w stanie zapewnić, choćbym się rozkrajał. Zresztą, gdyby do Ostrawy zaprosił mnie nie Hana, a powiedzmy Karel lub Standa, odmówiłbym. W naszej pracowni studiują głównie kobiety i mam wrażenie, że z pedagożką komunikują się inaczej niż ze mną – z pewnego rodzaju instynktownego zaufania, że część ich doświadczeń życiowych jest bliższa doświadczeniom Hany niż pedagoga Ptáčka. I to mi się podoba.
Kierujecie pracownią od semestru z kawałkiem. Wszystko jest po raz pierwszy – relacja z instytucją, ze studentami i ta między wami dwojgiem. Co was najbardziej zaskoczyło? A co wyobrażaliście sobie inaczej niż w rzeczywistości?
Hana: Jestem zaskakiwana niemal codziennie, wciąż się przyzwyczajam i odkrywam, jak tu co działa. Zaskoczyło mnie, że na razie nie mogę prowadzić studentów podczas pracy magisterskiej – okazuje się, że to standard, po prostu tego nie wiedziałam. Struktura zajęć też okazała się nieco inna, niż ją zapamiętałam z UMPRUM. Kolejnym zaskoczeniem była wyraźna przewaga kobiet wśród studentów. I oczywiście jest ogromna różnica między uczniami, których uczyłam wcześniej, a studentami uniwersyteckimi, choć powiedziałabym, że łączy ich pewna kruchość. Zaprosiłam Jiříego do współpracy i bardzo się cieszę, że przyjął. Nie tylko dlatego, że czuję się nie na swoim miejscu w systemie uniwersyteckim, a Jiří lepiej sobie w nim radzi, ale przede wszystkim dlatego, że oferuje studentom swoje wyjątkowe doświadczenie i szerokie spojrzenie. Równie wdzięczna jestem Radkowi Petříčkowi, który wnosi jeszcze innego rodzaju wrażliwość i kompetencję. Często patrzymy na rzeczy z różnych perspektyw, ale powiedziałabym, że nawzajem się słuchamy, i wierzę, że studenci na tym korzystają.
Jiří: Miłym zaskoczeniem było to, że studenci nas zaakceptowali – albo przynajmniej nie dali po sobie poznać, że jest inaczej. Pan wie, Daniel Balabán to znakomity malarz i zawsze cieszyłem się, gdy mogłem go w Ostrawie słuchać, jak mówi o obrazach. Słyszę też od studentów, że Václav Rodek był dobrym pedagogiem, z którym mieli dobrą relację. My dwoje jesteśmy oczywiście inni. Oboje dość dużo gadamy. Lubimy się śmiać – dla niektórych może być trudno nas rozszyfrować. Choć może przeceniam nas i dla studentów jesteśmy jak otwarta książka. Kolejne miłe zaskoczenie to, jak bardzo cenię uwagi Hany o pracach studentów. Z przyjemnością bym u niej studiował. Mniej przyjemna jest oczywiście biurokracja uczelniana. Mam z nią więcej doświadczenia niż Hana, a mimo to przyłapałem się, jak wrzę ze złości – zwłaszcza gdy widzę, że nie jest skrojona pod potrzeby studentów. Bardzo pomagają nam cierpliwość i życzliwość naszych „mentorów" z drugiej pracowni malarskiej, Františka Kowolowskiego i Jiříego Kuděly, a także ludzkie podejście dziekana Michala Kalhouse. Kto kiedyś pracował w instytucji, potwierdzi, jak ważne jest, żeby w sekretariacie siedziała osoba gotowa pomóc nowicjuszom z ich problemami. Na Wydziale Sztuki tą osobą jest Hana Kuchtová – kolejna istota z niewytłumaczalną cierpliwością. Uczymy się w marszu, ciągle odkrywamy nowe rzeczy, pytamy, dlaczego nikt nam tego czy tamtego nie powiedział, ale układamy to kawałek po kawałku. W wakacje znajdę czas, żeby przedstawić dziekanowi kilka propozycji tego, co moim zdaniem da się poprawić.

Jiří, pan pisał, że to czasem komedia, czasem dramat – miejmy nadzieję, że nie tragedia. Czy może pan opisać jeden konkretny moment z pierwszego semestru, który to oddaje?
Jiří: Staramy się robić to jak najlepiej. Staramy się być przyjaźni, rzeczowi, poprawni; zwracamy się do siebie per pan/pani. Staramy się każdemu poświęcić czas. Może rzeczywiście za dużo gadamy, a kiedy wpadamy na konsultację jako duet, szczerze uważam, że jest realne ryzyko, iż studentom pęknie głowa. Ale żeby dowiedzieć się, czy to tragedia, trzeba zapytać ich.
Hana jest malarką zakorzenioną w ostrawskiej scenie undergroundowej lat osiemdziesiątych; Jiří jest kuratorem i krytykiem poruszającym się między Pragą a Czeskimi Budiejowicami. Jak właściwie się poznaliście i jak uzgodniliście wspólne prowadzenie pracowni? Dzielicie pracę, czy to jeden organizm?
Hana: Na razie znamy głównie swoje jasne strony – wciąż się ze sobą zżywamy (uśmiech). Bardzo mi zależało, żeby w pracowni był ktoś, kto potrafi dać studentom to, czego ja nie potrafię. Mam na myśli inny rodzaj wrażliwości oraz doświadczenia osobistego i zawodowego. Znałam pracę Jiříego i bliżej się poznaliśmy przy wywiadzie dla Art Antiques. Spodobało mi się, jak i dlaczego pyta oraz jak słucha. Później wystawiałam w Czeskich Budiejowicach i znów spodobał mi się sposób, w jaki wszystko przebiegło. Bardzo się cieszę, że Jiří dołączył; dostrzega rzeczy inaczej niż ja i to sobie cenię. Z nami uczy też Radek Petříček – również jest serdeczny, lepiej rozumie technikę malarską i oferuje studentom jeszcze inną perspektywę. Jesteśmy do ich dyspozycji razem i osobno. Jestem ciekawa ich opinii i wygląda na to, że dobrze się dogadujemy.

Nie macie jeszcze absolwentów; właśnie odbyły się pierwsze egzaminy wstępne. Co chcecie, żeby studenci wynieśli z waszej pracowni? Jaka jest najważniejsza umiejętność lub postawa?
Hana: Odczuwam wielką satysfakcję, kiedy artysta wie, co robi i dlaczego, kiedy wie, co chce wyrazić i jak. Kiedy się nie boi. Albo kiedy się boi, ale i tak próbuje. Kiedy jest wolny. Kiedy jest – i pozostaje – ciekawy świata.
Jiří: Uczelnia artystyczna kształci magistrów sztuk pięknych. Mimo to uważam, że istotną częścią zdobytego „wykształcenia" powinna być głęboko zinternalizowana świadomość i nawyk: że zawsze jest dokąd iść dalej, coś do zbadania i otwarcia – w twórczości artystycznej i w sobie samym. A także – utrzymywanie stałej uwagi wobec sztuki, która powstaje i będzie powstawać wokół nas.
Czego szukacie u kandydatów? Czy jest coś, co potrafi was natychmiast przekonać – albo odwrotnie, zniechęcić?
Hana: Oczywiście ogromną rolę odgrywa poziom pracy artystycznej. A potem – może nie potrafię tego dokładnie opisać – zdarza się, że niektórzy kandydaci przyciągają uwagę niemal natychmiast, zapewne otwartością, autentycznością, oryginalnością, ciekawością, chęcią pracy. Liczy się też sposób, w jaki reagują na różne bodźce i jak komunikują.
Jiří: Zaskoczyło mnie, że w ramach całego procesu rekrutacji portfolio domowe ma stosunkowo małą wagę. A przecież właśnie w nim widać, kto poświęca sztuce czas, kto eksperymentuje i próbuje nowych rzeczy. Podczas samego egzaminu może przeszkodzić stres, albo kandydat po prostu nie trafia na nasze konkretne zadanie.
Czy wasz program obejmuje naukę kompetencji cyfrowych dla artystów – budowanie portfolio online, pracę z mediami społecznościowymi, autoprezentację? Z jakich platform online wasi studenci najczęściej korzystają, prezentując swoje prace?
Hana: Prawie wszyscy studenci mają Instagram, ale szczerze mówiąc, obecność na platformach internetowych nie jest teraz moim priorytetem.
Jiří: Od przyszłego roku akademickiego chciałbym przenieść do Ostrawy mój przedmiot z UMPRUM. Zawiera on część poświęconą mediom społecznościowym – nie ekstremalnie pogłębioną, ale przede wszystkim jako wstęp do tematu, który z mojego doświadczenia nie wszyscy postrzegają wyłącznie pozytywnie. Uczę, do czego jest dobry Instagram, dlaczego weteran Facebook wciąż ma swoje zastosowania i co daje statyczna strona osobista. Pokazuję przykłady, jak inne artystki i artyści do tego podchodzą. Nie wymyślam jednak studentom konkretnych strategii – dinozaury nie powinny radzić awatarom. Dotychczas zaprosiłem obie pracownie malarskie jedynie na wieczorny wykład o tym, jak funkcjonalnie ułożyć portfolio elektroniczne. Z drugiej pracowni nie przyszedł nikt.

Planujecie współpracę z galeriami lub instytucjami, żeby studenci mieli kontakt z prawdziwym światem sztuki jeszcze podczas studiów? Jiří, jako kurator dysponuje pan rozległą siecią kontaktów – korzysta pan z niej?
Hana: Studenci tego chcą; to jest dla nich ważne i ja o tym pamiętam. Dotkliwie brakuje nam budynku PLATO Bauhaus. Mamy kilka drobnych rzeczy tu w Ostrawie w planach – oby się udały.
Jiří: Dla mnie to zaskakująco trudniejsze. Nie chcę wykorzystywać tej sieci kontaktów do wystaw, które nie byłyby starannie przemyślane. Nie chcę, żeby wystawa studencka wyglądała jak wystawa studencka. Coś mamy w zanadrzu, ale w pierwszym roku musieliśmy skupić się przede wszystkim do wewnątrz, na samej pracowni. W zeszłym tygodniu pomagałem jednak naszej studentce Janie Krčmovej wybrać i powiesić wystawę – wprawdzie tylko w klubie Teatru Petra Bezruča, ale nawet tam w praktyce odkrywaliśmy, jak pracować z przestrzenią, co ona wytrzymuje i czego po prostu nie da się w niej zrobić. Było fajnie, bo Jana jest utalentowaną malarką z wielką ochotą, żeby zanieść swoją sztukę w świat. I mi się to opłaciło – dzisiaj przyniosła mi kiełbasę w podziękowaniu. Tego, czego mi teraz w Ostrawie brakuje, to solidnie prowadzonej przestrzeni niezależnej, gdzie młodzi artyści mogliby pokazywać swoje prace. Mają Duklę, czasem Galerie Dole i całkiem niezłą galerię szkolną w nowym budynku wydziału, który poza tym mieści głównie katedrę muzyki. Mimo to ucieszyłbym się z co najmniej jeszcze jednej galerii skierowanej wyraźnie do młodych.
Dynamika władzy między wykładowcami a studentami to temat dyskusji w edukacji artystycznej. Jakie mechanizmy istnieją na waszej uczelni, by zapobiegać nadużywaniu pozycji, i czy uważacie je za wystarczające?
Hana: Wydział ma rzecznika praw studenta i oferuje pomoc psychologiczną. Wiem, że istnieją, ale nie mam jeszcze praktycznego doświadczenia z nimi. Staram się dawać do zrozumienia, że jesteśmy tu również na te chwile, gdy z różnych powodów nie idzie. Ale wciąż się rozglądam.
Jiří: Niemniej z Haną rozmawiamy o dynamice władzy w pracowni. Nie zapominamy o władzy, jaką mamy. Nie chcemy popełniać błędów, nawet nieumyślnie. A mimo to się zdarzają. Naprawdę kocham pomysłowe, ekstrawaganckie ubrania. Podoba mi się, jak młodzi ludzie eksperymentują z modą, i czasem pytam, skąd coś mają. Ale niedawno niespodziewanie wpadłem na studentkę w drzwiach i powiedziałem jej, że dobrze wygląda. Od razu zdałem sobie sprawę, że mi się wymknęło, i szybko dodałem, że podoba mi się jej strój. Z Haną natychmiast potwierdziliśmy, że to był błąd. Szczerze mówiąc, miałem ochotę dać sobie w twarz, bo skomentowałem czyjś wygląd fizyczny. Hana pół żartem, pół serio powiedziała mi na początku, że będzie mnie pilnować. I ja to traktuję poważnie. Liczba mężczyzn, którzy traktowali szkołę jak gabinet wolnej miłości, była szokująca. Naszym zadaniem jest nie tylko nie wpaść w coś podobnego, ale też regularnie przypominać studentom, że ich wesprze-my, jeśli poczują, że ktoś ich źle traktuje. Potrafię też być dość krytyczny i trzeba dyplomacji oraz długotrwałego dialogu, żeby student zrozumiał, że krytyczna uwaga nic nie zmienia w zasadniczym fakcie, iż ta osoba i jej twórczość zasługują na moją uwagę i troskę. To też wymaga czasu i wzajemnego zrozumienia ról. Wreszcie naszym zadaniem jest umieć rozpoznać, kiedy sprawa przerasta to, co sami powinniśmy rozwiązywać, i kiedy szukać pomocy w ramach mechanizmów, o których pan wspomniał. Nie jesteśmy terapeutami, ale możemy zaproponować pomoc kompetentnej osoby – prawda, Hana? Ta potrzeba już się pojawiła. Jednocześnie zapewne potrwa chwilę, zanim studenci przyzwyczają się do myśli, że mogą do nas przyjść, gdy coś ich gnębi. A gdy przyjdą, wyzwaniem jest nie zdradzić tego zaufania, nieostrożnie coś chlapnąwszy.
Ostrawa pozycjonuje się jako alternatywne centrum sztuki – PLATO, Colours of Ostrava, żywa niezależna scena. Czym środowisko Ostrawy różni się od Pragi czy Brna z perspektywy pedagoga? I czy to jest dla studentów atut, czy przeszkoda?
Hana: Nie postrzegam Colours ani PLATO jako sceny alternatywnej. I proszę mi wybaczyć, ale jestem na wydziale dopiero kilka miesięcy i nie czuję się kompetentna, by odpowiedzieć na to z perspektywy pedagożki. Z perspektywy artystki dostrzegam, że z Pragi do Ostrawy jest wciąż dalej niż w drugą stronę.
Jiří: Lata studiów to między innymi okres tworzenia ważnych więzi zawodowych. Ostrawska scena jest żywa, ale niewielka, więc naturalne jest, że te więzi powstają wewnątrz niej. Uważam jednak za jedno z moich zadań, by pomagać w otwieraniu kanałów między Ostrawą a „resztą świata". Odległość z Pragi do Ostrawy będzie może zawsze większa niż w drugą stronę, ale mnie chodzi o to, żeby z Ostrawy było blisko wszędzie.

Angażujecie się w sprawę Bedřišky – byłej kolonii górniczej w Ostrawie, która z dzielni wykluczonej społecznie przekształciła się w funkcjonującą wspólnotę Romów i nie-Romów, a mimo to dzielnica chce ją zburzyć. Jak artysta może stanąć w obronie swojego najbliższego otoczenia? Czy uważacie zaangażowanie obywatelskie i społeczne za część tego, czego powinna uczyć szkoła artystyczna – czy to sprawa osobista każdego?
Hana: Jeśli chodzi o Bedřiškę, nie jestem szczególnie aktywna – raczej kibicuję z boku. Powiedziałabym, że artysta może i powinien się angażować tak samo jak każdy inny, być może tylko w innej formie. W szkole tych tematów nie unikam. Dla mnie ważne jest, żeby umieć wyrazić postawę obywatelską, okazać solidarność, mieć wrażliwość społeczną – ale stopień i sposób osobistego zaangażowania pozostawiłabym każdemu z osobna.
Jiří, pan podobnie angażuje się w politykę kulturalną rodzinnych Czeskich Budziejowic – współzałożył pan Spolek Skutek (stowarzyszenie na rzecz interesów artystów), prowadził galerię Měsíc ve dne i publicznie komentuje pan politykę kulturalną miasta. Jak artysta plastyk lub kurator może realnie wpływać na to, co dzieje się w jego mieście? I czy udaje się panu przenosić to, czego pan uczy się w tej praktyce, do dydaktyki?
Jiří: W Spolku Skutek zaangażowałem się, bo czułem brak zbiorowego głosu wśród osób działających w sztukach wizualnych. Choć niechęć do stowarzyszeń ma głębokie korzenie historyczne i wiąże się też z indywidualnym charakterem pracy artystycznej, są one potrzebne, byśmy mogli poruszać tematy wspólne lub przynajmniej bliskie. Czeskie Budziejowice to inna historia. Zacząłem tam jako kurator i krytyk sztuki i chciałem zachować kontakt z miastem, choć mieszkałem w Pradze. Moi tamtejsi przyjaciele odczuwali brak pewnego rodzaju kultury wizualnej, więc kilka razy w roku wypróżnialiśmy mieszkanie jednego z nich i zamieniali je w galerię mieszkaniową Zutý Mánes. Od czasu do czasu kuratorowałem wystawę dla Michala Škody w Domě umění (Domu Sztuki). Po powrocie do miasta dwanaście lat temu zacząłem jednak przyglądać się lokalnej kulturze w szerszej skali. To w zasadzie nie musiało prowadzić do żadnego aktywizmu. Pchnęło mnie do niego nastawienie lokalnych polityków wobec przestrzeni kulturalnych, takich jak Dům umění, czy wobec sztuki w przestrzeni publicznej. Właściwie nie szukam aktywizmu. W ciągu ostatnich trzech lat praca w miejskiej komisji kulturalnej pomogła mi lepiej zrozumieć całość budějovickiego krajobrazu kulturalnego i może nawet udało mi się coś poprawić. Ale władze miasta widzą mnie chyba głównie jako wiecznego krytyka, który tylko komplikuje sprawy – i najlepiej go ignorować. Bardzo szkoda, że politycy automatycznie interpretują krytyczne uwagi jako polityczne rozgrywki. I żeby było jasne: mówię o pozycjach krytycznych, w których zawsze staram się zaproponować realne rozwiązanie. W Ostrawie nie odważyłbym się na coś takiego. Jestem „gościem" i nie chcę dawać rozumów ludziom, którzy znają swoje miasto i jego kulturę nieskończenie lepiej ode mnie. Kiedy poproszą o moją opinię, chętnie ją wyrażę. Staram się przenosić te doświadczenia do dydaktyki delikatnie, jako coś, co trochę boli, ale może się w jakiejś formie pojawić w przyszłym życiu młodego artysty.
Na koniec – jaką radę dalibyście młodym artystom na początku drogi? Czego potrzeba, żeby wytrwać i zbudować trwałą karierę w sztuce współczesnej?
Hana: Szczerze mówiąc, przychodzą mi do głowy same banały: pracowitość i wytrwałość. Potrzeba dawania świadectwa i dzielenia się. Przyjmowanie pomocy, gdy jest potrzebna, budowanie i pielęgnowanie przyjaźni. I zachowanie tej ciekawości, o której mówiłam wcześniej. Mnie to bardzo pomogło.
Jiří: Tylko uwaga o wytrwałości. Niełatwo wytrwać w czasach, gdy szalone oblicza cywilizacji wyskakują na nas z każdego kąta: katastrofa klimatyczna, brutalne konflikty zbrojne, erozja wartości humanistycznych i zagrożenia związane z zawrotnym i dla laika niemal nieprzewidywalnym rozwojem technologii. Niełatwo żyć w tych czasach, a co dopiero w nich dorastać. Wytrwałość w naszym świecie zależy od trudnego zadania: trzymania się nadziei. Także w relacji ze sztuką, która powinna tę nadzieję zawierać, nawet gdy chce wyrażać uczucia głębokiej rozpaczy. Nadzieja zakorzeniona w zaufaniu do dzielenia się ciężarem.
Dziękujemy za rozmowę!
